Iwona Fischer-Zuziak

artystka malarka, architekt, prof. malarstwa

malarstwo, rysunek, obrazy, portrety, teksty, publikacje, książka, sztuka, Galeria Artemis, architekt, architektura

Tekst do katalogu wystawy cyklu Niebieska Walizka

Gdzieniegdzie, zrewaloryzowane perełki architektury - obce temu subświatu, odstają od reszty niczym porzucone makiety z wytwórni filmowej.

Czy takie miejsce może nie działać na wyobraźnię artystów? Od dawna ma Kazimierz w tym gronie swoich piewców, dokumentalistów, kronikarzy pejzażu, wielbicieli. Różne bywają przyczyny owych fascynacji. Faktem jest, że gdy już tajemniczy magnes tych miejsc przyciągnie artystę, to go zniewala na dłużej. Tak jest z Iwoną Zuziak.

Maluje od wielu lat, realizując tematy dalekie od banału i dosłowności. Nie-spokój i wrażliwość artystki każą jej niezmordowanie szukać i borykać się z nazwaniem i znalezieniem wyrazu dla nienazwanego. I tylko błękit towarzyszy jej od lat, „idzie za nią", łagodząc wyraz emocji przekładanych na język pędzla i płótna.

Iwona nie jest „stamtąd". Nie obciążona korzeniami, wspomnieniami, jakimś szczególnym sentymentem do Kazimierza - wtargnęła tam żywiołowo i radośnie i... póki co, data się uwięzić w tym labiryncie. Nie uwikłana psychicznie w ten pejzaż, dobrowolnie wikła się w trudną poezję Kazimierza, daje się ponieść fascynacji destrukcją i rozkładem.

Iwona architektka - nie rekonstruuje jednak ruiny, „nie porządkuje miejskiego krajobrazu; przeciwnie, burzy go jeszcze bardziej, stawia nieomal na głowie.

Iwona malarka - przywraca światu Kazimierz poprzez kolory, światło, magią swojej wyobraźni.

Iwona kreatorka - kreuje nową, własną rzeczywistość Kazimierza, składając jakby odłamki, odpryski roztrzaskanego lustra, pozornie bez troski o dokładność odbicia, bez lęku o skutki deformacji.

Artystka buduje z bezładnych, niby - przypadkowo zestawionych elementów rozpoznawalny, lecz własny pejzaż Kazimierza.

Pijane obrazy, pijany świat przedstawiony, przenikające się fragmenty architektoniczne, stłoczenie, ciasnota intensywnie nasycona kolorem: ale zawsze jest tam jakaś brama, dziura światła, bezpieczne schody umożliwiające ucieczkę.

Ten cykl obrazów, numerowany, ma swą wewnętrzną dynamikę i podłego swoistej ewolucji w czasie.

Choć motywy te same i na początku w oswojonych przez artystkę błękitach, niebawem - coraz zuchwalsze kolory, całe ich gamy, zderzane ekspresyjnie i dramatycznie.

Pozorny chaos formy okazuje się być poddany dyscyplinie kompozycyjnej, której konsekwentne założenia powtarzają swą funkcję w kolejnych obrazach, coraz mniej za to powściągliwych w kolorach i sposobach ich łączenia, coraz dynamiczniejszych w wyrazie, atakujących odbiorcę.

I tak Kazimierz Iwony objawił się nam jako świat z kolorowego snu, rządzącego się swoimi prawami, świat baśni, nie wolny przecież od irracjonalnych obaw i lęków, wykreowany jakby pod wrażeniem bajek braci Grimm. To wreszcie ekspresyjny komunikat o osobliwej i nieobojętnej urodzie destrukcji i rozkładu.

Jeśli któryś z tych obrazów zawiśnie w magistrackim gabinecie ojców miasta, można być pewnym - odtąd już nie pozwolą na Kazimierzu poprawić niczego. Czyż wolno bowiem zmącić tak radosne piękno tego miejsca?

Maria Hajdecka